Globalna walka na bloki

Kategoria:
Polityka
Dodany:
23.07.14 20:35
Lubię:
Prezydent Chin Xi Jinping mimo zaproszenia nie pojawił się na finałowym meczu mundialu, choć tego samego dnia lądował w Brazylii. Trudno o bardziej wymowny gest, który miałby pokazać, że naprawdę poważna gra toczy się gdzie indziej. Dwa dni później przywódcy Brazylii, Rosji, Indii, RPA i właśnie Chin (czyli tzw. grupy BRICS) zdecydowali bowiem o stworzeniu własnego banku rozwoju i funduszu rezerw.
 
 
Rękawica rzucona MFW
 
Ustalenia szczytu w Fortalezie mogą okazać się milowym krokiem w kierunku przebudowy globalnego systemu finansowego, a może raczej wprost: do uniezależnienia się od amerykańsko-europejskiej dominacji. Jej podporą są ustalenia konferencji w Bretton Woods, w lipcu 1944 roku, podczas której stworzono podstawy powojennego ładu monetarnego i handlu międzynarodowego. Dolar urósł wówczas do rangi globalnej waluty rozliczeniowej. Jego pozycja dała później Stanom Zjednoczonym komfort w zadłużaniu się, a także prowadzeniu polityki monetarnej. Za każdym razem, gdy amerykańska Rezerwa Federalna majstrowała przy stopach lub drukowała dolary, kraje rozwijające się obrywały rykoszetem. Nagłe podniesienie kosztu pieniądza za rządów Reagana było jedną z głównych przyczyn wybuchu kryzysu w Ameryce Łacińskiej. Natomiast aktualnie prowadzony przez Rezerwę Federalną program przedterminowego skupu papierów dłużnych (tzw. ilościowego luzowania polityki monetarnej) kilka razy skutkował odpływem kapitału spekulacyjnego do krajów rozwijających się. Ich waluty nagle się umacniały, co powodowało problemy eksporterów. 
 
W Bretton Woods powołano także dwie globalne instytucje finansowe: Międzynarodowy Fundusz Walutowy i obecny Bank Światowy. Zadaniem MFW jest ratowanie krajów członkowskich w przypadku bankructwa. BŚ natomiast początkowo pomagał Europie i Japonii w odbudowie po wojnie, a potem jego cele rozszerzono o wsparcie rozwoju biedniejszych państw świata. Kraje rozwijające się boleśnie odczuły jednak uzależnienie obu instytucji od Stanów Zjednoczonych. Za każdym razem pomoc okupiona była narzuconymi reformami neoliberalnymi, których kosztów społecznych nikt nie liczył. Na dodatek mimo cięć fiskalnych, prywatyzacji i deregulacji gospodarki, często nie udawało się osiągnąć nawet stabilnego wzrostu gospodarczego. Tak było np. w Ameryce Łacińskiej w latach 80. i 90. Przykładów rygorystycznego zmuszania państw będących w kryzysie do zaciskania pasa nie trzeba zresztą daleko szukać. Reformy pod dyktando urzędników MFW musiały ostatnio wprowadzić przecież Grecja, Portugalia i Węgry. 
 
Rozwijające się potęgi skarżą się również na na brak reprezentatywności MFW. Chiny, które pod względem PKB są drugą gospodarką świata, mają jedynie blisko 4% udział w Funduszu. W przypadku najbardziej wpływowych Stanów Zjednoczonych jest to blisko 18%. Mocniejszą od Chin pozycję w MFW mają jeszcze Japonia, Włochy, Francja i Wielka Brytania. Brazylia, która pod względem PKB jest siódma na świecie, w Funduszu ma niespełna 2% głosów. To daje jej czternastą pozycję, m.in. za Holandią i Belgią. Dla obu wschodzących potęg irytujący jest fakt, że uchwalona w 2010 roku reforma MFW utknęła... w amerykańskim Kongresie.
 
Podobne zarzuty kierowane są także pod adresem Banku Światowego. Jeden z najbardziej słyszalnych głosów krytyki pochodzi od byłego głównego ekonomisty Banku i późniejszego laureata ekonomicznego Nobla – Josepha Stiglitza. W swoich publikacjach wymienia on kilka sytuacji, w których był naocznym świadkiem odgórnego i lekceważącego traktowania rządów państw objętych programami BŚ przez amerykańskich i europejskich delegatów.
 
Klub dostawców Chin?
 
Nic więc dziwnego, że największe kraje rozwijające się chcą stworzyć przeciwwagę dla systemu, w którym rzekome bezpieczeństwo to tak naprawdę często wpadanie z deszczu pod rynnę. W Brazylii, tuż po mundialu, liderzy pięciu państw bloku zdecydowali o utworzeniu funduszu rezerwowego o wartości 100 mld dolarów. Drugie tyle ma trafić docelowo do powstającego banku rozwoju. To sporo, biorąc pod uwagę, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy, liczący 188 członków, dysponuje 250 mld dolarów. Na dodatek stabilizacyjna kasa BRICS ma być rządzona demokratycznie. Wkład każdego z państw ma być równy, podobnie jak obsada stanowisk. Siedzibą banku rozwoju zostanie jednak Szanghaj (MFW i BŚ mieszczą się w Waszyngtonie), co może okazać się symptomatyczne. Do tej pory wielu ekonomistów wskazywało bowiem, że BRICS to tak naprawdę porozumienie między Chinami i ich dostawcami surowców. Rzeczywiście, struktura wartej łącznie 300 mld dolarów rocznie wymiany handlowej, to w dużej części zasilanie rozbudowy chińskiej gospodarki ropą, miedzią i innymi metalami. W drugą stronę przepływają już natomiast gotowe produkty i usługi, co niepokojąco przypomina wcześniejszy, kolonialny model handlu z Zachodem. Tym bardziej, że za 20 lat Chiny mogą przegonić USA w rankingu najpotężniejszych gospodarek świata. 
 
Innym źródłem napięć między Państwem Środka i pozostałymi członkami grupy BRICS jest system kursów walutowych. Podczas gdy Pekin sam dostosowuje wartość juana do potrzeb własnej gospodarki, pozostałe kraje zmagają się z wahaniami kursu rynkowego, co często pogarsza ich konkurencyjność. Co więcej, dopóki Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki nie zaczęły ze sobą współpracować, część komentatorów w ogóle kwestionowała sens akronimu ukutego przez byłego głównego ekonomistę Goldman Sachs, Jima O'Neilla. Szczyt w Brazylii pokazał jednak, że sprzeciw wobec wykorzystywania międzynarodowych instytucji finansowych przez kraje rozwinięte pozwala przezwyciężyć ekonomiczne, polityczne i kulturowe różnice w gronie państw BRICS. Być może wkrótce rzucą one wyzwanie także pozycji dolara. W Fortalezie rozmawiano bowiem także o stworzeniu sieci firm z krajów grupy, które rozliczałyby się w walutach lokalnych.
 
Integracyjna ofensywa
 
„Stary” Zachód nie zamierza jednak z założonymi rękoma spoglądać na możliwą konsolidację największych gospodarek rozwijających się. Negocjatorzy Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej właśnie przeprowadzili szóstą rundę negocjacji na temat stworzenia wspólnej strefy wolnego handlu (ang. Transatlantic Trade and Investment Partnership). Zwolennicy podpisania umowy (wśród nich praktycznie wszyscy polscy europosłowie) odwołują się przede wszystkim do klasycznych i neoklasycznych teorii ekonomicznych, które zakładają, że likwidacja barier we wzajemnym  handlu opłaci się obu stronom. Jednak nawet i oni wskazują na konieczność zachowania w Europie odrębnego podejścia np. do bezpieczeństwa żywności, danych osobowych czy części usług publicznych. Organizacje lewicowe, ekologiczne i niektóre związki zawodowe idą dalej. Podkreślają odmienność filozofii po obu stronach Oceanu. Według nich w Stanach panuje kapitał, w Europie natomiast przetrwała co najmniej część osiągnięć tzw. państwa bezpieczeństwa społecznego (ang. welfare state). W praktyce jednolite standardy miałyby więc oznaczać wprowadzenie na półki sklepowe żywności modyfikowanej genetycznie, zastąpienie stypendiów pożyczkami dla studentów i ograniczanie praw pracowniczych. Inny zarzut dotyczy wprowadzenia Mechanizmu Rozwiązywania Konfliktów między Inwestorami i Państwami, który rzekomo dałby wielkim korporacjom międzynarodowym władzę większą od rządów. Do tego dochodzą kwestie dopłat do rolnictwa, traktowania kultury jako dobra nie do końca rynkowego, a także wprowadzania do obiegu leków. A ponieważ negocjacje są tajne, nie można ze spokojem stwierdzić, że pojawiające się wokół nich obawy są bezzasadne. 
 
Świat wielobiegunowy czy świat wielu prędkości?
 
Niezależnie od tego, jak ewentualne podpisanie traktatu odczują obywatele Unii Europejskiej, już teraz można wskazać przegranych tego porozumienia. Będą nimi pozostali partnerzy handlowi obu stron paktu. Jak szacuje niemiecka Fundacja Bertelsmanna, długoterminowo Kanada może stracić 9,5% PKB liczonego na głowę mieszkańca. W przypadku Australii i Meksyku może to być ponad 7% PKB per capita. Najboleśniej skutki transatlantyckiej umowy odczują jednak kraje, które nie są w stanie szybko przeorientować swoich stosunków handlowych. Eksperci Fundacji wskazują zwłaszcza na uzależnione od współpracy z Europą państwa Afryki Północnej i Zachodniej. Wszystko wskazuje na to, że najsłabiej rozwinięte i państwa globu będą pozostawione w tej sytuacji samym sobie. Bank rozwoju BRICS przewiduje wprawdzie finansowanie inwestycji spoza grupy, ale Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA będą pełnić w nim tę samą rolę, co największe światowe gospodarki w Banku Światowym. Choć więc integracyjny trend wydaje się równoważyć układ sił na świecie, to tworzy jednocześnie swoich wykluczonych. Może się bowiem okazać, że mniejsze państwa pozostaną daleko w tyle nie tylko za USA czy UE, ale także wciąż jeszcze będącymi w ogonie szeroko pojętego rozwoju Indiami.
 
 
 
Z MEKSYKU
 
DAMIAN MAZGAJ – latynoamerykanista, dziennikarz, były producent działu zagranicznego TVN CNBC